W kręgu Astronomii

Joanna Shadowcat

 

Spis treści:

I. Klasa I

I.1.Rozwój idei Astronomicznych

I.1.a Początki Astronomii

I.2.Latarnia świata

I.2.a Kiedy Słońce było bogiem

I.2.b Słońce jako gwiazda

I.2.c Układ planetarny Słońca

I.2.d Pochodzenie Słońca i planet

I.3. Opowieści o planetach

I.3.a Merkury na nowo odkryty

I.3.b Zagadkowa Wenus

I.3.c Księżyc wczoraj i dziś

I.3.d Mars bez legend

I.3.e Marsjańskie księżyce

I.3.f Planetarny olbrzym – Jowisz

I.3.g O wulkanizmie Io

I.3.h Saturn i jego pierścienie

I.3.i Trzy najdalsze planety

II. Klasa II

II.1 Materia międzyplanetarna

II.1.a Planetarne karły

II.1.bZłowróżbne komety

II.1.c Jak umierają komety?

II.1.d Goście z nieba

II.1.e Nierozwiązana zagadka tektytów

II.2 W państwie gwiazd

II.2.a Gwiazdy i gwiazdozbiory

II.2.b Odległości gwiazd

II.2.c Gwiazdy zmienne i nowe

II.2.d Narodziny gwiazd

II.2.e Gwiazdy w najlepszych latach

II.2.f Białe karły

II.2.g Kosmiczne fajerwerki

II.2.h Czarne dziury

III. Klasa III

III.1. Wyspy wszechświata

III.1.a Droga mleczna

III.1.b Inne układy gwiazdowe

III.1.c Ucieczka galaktyk

III.1.d Zagadka kwazarów

III.1.e Wielki wybuch

III.2. Czy jesteśmy sami we wszechświecie?

III.2.a Życie we Wszechświecie

III.2.b Systemy planetarne innych Słońc

III.2.c Pozaziemskie cywilizacje

III.2.d Bogowie z kosmosu

III.2.e Mapa Piri Reisa

III.2.f Prawda o tunguskim meteorycie

III.2.g List do kosmicznych braci

III.2.h Kosmiczny telefon

 

 

 

I. Klasa I

Rozwój idei Astronomicznych

Początki Astronomii

Życie człowieka uzależnione jest od sił przyrody, toteż od zarania kultury pragnął je poznać i dostosować do obserwowanych zmian. Uwagę jego szczególnie przyciągało gwieździste niebo oraz zachodzące na nim zjawiska. Ciała niebieskie wskazywały mu przecież czas, umożliwiały ustalenie pory roku i pozwalały wyznaczyć kierunek marszu. Dlatego pilnie śledził ruchy ciał niebieskich i usilnie dążył do ich dokładnego poznania.

I te zapewne usiłowania stanowią genezę Astronomii – jednej z najstarszych nauk świata.

 

Początkowo rytm życia człowieka i jego zachowanie uzależnione były od dnia bądź nocy. Dzień był oczywiście przeznaczony na pracę i zdobywanie pożywienia, tajemnicza zaś i pełna grozy noc – na odpoczynek. W ten sposób człowiek zaczął posługiwać się dobą, która i dziś stanowi podstawową jednostkę rachuby czasu. Była ona jednak zbyt krótka, gdy chodziło o określenie dłuższych okresów. Trzeba więc było szukać jednostek obejmujących większą liczbę dni. Podstawą do ich ustalenia stał się ruch Księżyca oraz jego fazy, powtarzające się w równych odstępach czasu. I tak zaczęto posługiwać się miesiącem, liczącym około 29,5 dnia. Jest to okres. Jaki średnio upływa między jednym a drugim nowiem Księżyca.

 

Konieczność liczenia dni skłoniła człowieka do systematycznego obserwowania nieba i do nabycia umiejętności oznaczania dat poszczególnych faz Księżyca. Potrzebne mu to było też ze względu na możliwość wyznaczania kierunków marszu. Ówcześni ludzie wiedli życie koczownicze, żywili się tym, co upolowali lub zdobyli w łupieskich wyprawach, a te odbywały się zazwyczaj nocą podczas pełni księżyca. Wielkie bowiem kultury tworzyły się w krajach obejmujących olbrzymie obszary ziemi od wschodnich krańców Sahary, poprzez Egipt, Palestynę, Półwysep Arabski, Mezopotamię i Persję aż do Żółtej Rzeki w Chinach. Klimat tych krajów jest gorący i dlatego podróże wśród codziennego skwaru były niezwykle uciążliwe.

 

Mijały wieki i równocześnie zmieniały się warunki życia człowieka. Z powodu coraz większego niedostatku zwierzyny łownej, tępionej zresztą przez niego samego, zmuszony był porzucić koczowniczy tryb życia. W obliczu widma głodu i braku okrycia człowiek zajął się hodowlą zwierząt na obszarach bogatych w trawę i wodę. Stopniowo zaczął też na coraz większą skalę uprawiać jadalne rośliny, chcąc zapewnić sobie dodatkowe środki pożywienia. To z kolei zmusiło go do ustalenia pór roku, z którymi przecież związane są najważniejsze czynności rolnicze – siew i zbiory.

 

Upłynęło zapewne sporo czasu, nim człowiek zrozumiał, że coroczny rozkwit szaty roślinnej związany jest ściśle z ruchem Słońca. Po latach spostrzegł także, patrząc każdego dnia ze swej osady na punkty jego wschodu i zachodu, że tworzą one na horyzoncie pewne stałe odcinki. Słońce w zależności od pory roku zakreśla na niebie łuki różnej długości i wysokości, od najmniejszego zimą do największego latem. Powtarza się to zaś w takim samym okresie, w jakim odbywa się rozwój świata roślinnego. Spostrzeżenie to odegrało bardzo ważną rolę w rozwoju kalendarza i ustaleniu długości roku słonecznego.

 

Coś więcej?

Zainteresowanie pierwotnego człowieka zjawiskami na niebie wynikało głównie z praktycznych potrzeb. Ale natura nie poskąpiła mu ciekawości, toteż z czasem zaczął się zastanawiać nad ruchami ciał niebieskich, dążył do wytłumaczenia ich regularności i wiązał obserwacje w logiczną całość, by wyrobić sobie jakiś pogląd na świat. Spostrzeżenia zebrane przez niego były jednak zbyt skromne, poza tym nie znał odpowiednich metod badawczych, skutkiem czego zjawiska na niebie wciąż okrywała mgła tajemniczości. Czynił więc odpowiedzialnymi za nie istoty nadprzyrodzone, które sam wytworzył w swojej wyobraźni – złe i dobre bóstwa. W każdym razie u wszystkich ludów, które stworzyły wysokie cywilizacje, obserwacje nieba odgrywały ważną rolę. Wszędzie na pierwszy plan wysuwała się rachuba czasu i orientacja w terenie, ale wszędzie też związane z nimi były wierzenia religijne.

 

 

Latarnia świata

Kiedy Słońce było bogiem

Codziennie się z nim witamy, codziennie przyjmujemy jego „dary” i „kaprysy”. Od dzieciństwa przywykliśmy do tego, że każdego ranka wschodzi i każdego wieczora zachodzi. Dąsamy się nieco, gdy przez dłuższy czas ukrywa się za grubą warstwą chmur, ale wzdychamy i wówczas, gdy latem podczas bezchmurnego dnia przypieka. Dobrze jednak wiemy, że Słońce to nie tylko światło i ciepło, lecz główne źródło wszelkich procesów życiodajnych na Ziemi.

 

Już zresztą w pradawnych czasach człowiek uświadomił sobie, że Słońce ma zbawienny wpływ na wszelkie przejawy życia. Wówczas nie rozumiał jeszcze praw przyrody, toteż na cześć tej życiodajnej gwiazdy stawiał kosztowne świątynie i drogocenne posągi, wymyślał przeróżne modły i obrzędy. Zarówno zachowane do dziś dokumenty piśmiennictwa, jak i liczne znaleziska archeologiczne mówią o tym, że ludzie już w najdawniejszych czasach czcili Słońce, uważając je za dawcę życia, światła i ciepła. Nie mniejszym oczywiście szacunkiem darzono jego ziemski symbol – ogień. Kult ten u różnych ludów przybierał różne formy, począwszy od porannej modlitwy u Hindusów, a skończywszy na ofiarach składanych z ludzi u Azteków. Usiłowano modłami i ofiarami wpłynąć na przeogromną moc Słońca.

 

Nie ma chyba zamieszkanego zakątka na Ziemi, gdzie kiedyś w tej lub innej formie nie występowałby kult Słońca. Było ono szczególnie wielbione w tych krajach, w których deszcz, mgła i zimno należą do częstych gości. Ale najprzemyślniejsze obrzędy na jego cześć powstały przede wszystkim w tych rejonach naszego globu, gdzie Słońce nie tylko szczodrze obdarza życiem, lecz i brutalnie je niszczy. Wiemy przecież dobrze, co dla Egipcjan, ludów Mezopotamii lub Indian oznaczała i nadal zresztą oznacza długotrwała susza.

 

Boską cześć oddawano Słońcu zarówno na szczytach babilońskich zikkuratów, jak i w egipskich świątyniach i na wierzchołkach meksykańskich piramid. Władcy niektórych narodów uważali się za synów boga-Słońca, a najlepszym tego przykładem może być Hammurabi. Mówił on o sobie: „jestem Słońcem Babilonu, które oświeca ziemię Sumeru i Akadu”. Wszyscy zresztą władcy Mezopotamii nosili tytuł „słońce ziemi”, a władcy asyryjscy dodawali do swych imion „władcy wszystkich ludzi”. Zwyczaj ten dotarł nawet do Europy. Na początku naszej ery cesarze rzymscy używali przydomka „słońce”, a kilkanaście wieków później król francuski Ludwik IV polecił tytułować siebie „le roi Soleil” (król-Słońce).

 

Coś więcej?

Ślady wierzeń Babilończyków i Egipcjan odnajdujemy w kulturze starożytnej Grecji, gdzie bóg-Słońce zwany był Heliosem. Wyobrażano go sobie pod postacią pięknego mężczyzny, powożącego złocistym rydwanem zaprzężonym w czwórkę białych rumaków. Rydwan wyłaniał się o świcie ze wschodniej części oceanu, w ciągu dnia przebiegał całę sklepienie niebieskie, po czym wieczorem zanurzał się w zachodniej stronie oceanu. Główny ośrodek tego kultu znajdował się na wyspie Rodos, gdzie była główna świątynia Heliosa i dzie około roku 304 p.n.e. wzniesiono jego spiżowy posąg. Miał on około 32 m wysokości i przez starożytnych został zaliczony do siedmiu cudów świata. Niestety, to bezcenne dzieło sztuki uległo zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w roku 224 p.n.e.

         Kilkanaście wieków później na przeciwnej półkuli Ziemi pojawił się inny ród królewski, który również utożsamiał się ze słońcem. Gdzieś około tysięcznego roku naszej ery nad środkowoandyjskie jezioro Titicaca nadciągnęli Inkowie, skąd powędrowali dalej i założyli miasto Cuzco. Zamieszkał w nim władca nowo powstałego państwa, legendarny Inka Manco Capac, uważający siebie za syna Słońca. Jego potomkami mieli być wszyscy kolejni władcy Inków, łącznie z ostatnim Atahualpą, pojmanym i zamordowanym w roku 1532 przez hiszpańskich najemców. Inka był uważany przez swoich poddanych za boga, właściciela wszystkich ziem i zamieszkujących je ludzi. Do niego należeć miało także całe złoto (krople słonecznego potu) i srebro (łzy księżycowe). Zarówno w Cuzco, jak i innych miastach znajdowały się wspaniałe świątynie boga-Słońca. Na ich wierzchołkach stały pokryte płytami złota trony kamienne na których w uroczyste dni siadał boski Inka i przyglądał się świętym tańcom.

Najciekawszym narodem na kontynencie amerykańskim przed przybyciem Europejczyków byli bezsprzecznie Majowie, lud zamieszkujący obszary dzisiejszej Gwatemali i Hondurasu. I u nich Słońce było uważane za jedno z ważniejszych bóstw, nie było jednak tak czczone, jak u Inków.

Majowie osiągnęli wspaniałe wyniki w matematyce i astronomii, stworzyli bardzo dokładny kalendarz. Doszli do tego jedynie drogą żmudnych obserwacji nieba i zachodzących na nim zjawisk. Musieli więc zwrócić również uwagę na fakt, że wśród ciał niebieskich Słońce odkrywa jakąś szczególną rolę, i z tego choćby powodu oddawali mu boską cześć.

         Silny natomiast kult Słońca, i to w krwawej formie, istniał u Azteków, ludu indiańskiego zamieszkującego meksykańskie równiny. Ich mitologia mówi, iż bóstwo słoneczne Huitzilopochtli poleciło przodkom azteckim osiedlić się tam, gdzie orzeł usiądzie na kaktusie, którego owoce SA tak czerwone, jak ludzkie serca. Po dłuższym poszukiwaniu Aztekowie na swą ojczyznę wybrali wyspę na jeziorze Texcoco i tam zbudowali główne miasto Tenochtitlan (dzisiejszy Meksyk). Ich bóg Słońce, wyobrażony pod postacią młodego wojownika, prowadził ustawiczne wojny. Walczył każdej nocy z ciemnością, z gwiazdami i z Księżycem, a o świcie radośnie witany powracał i przynosił ludziom światło i ciepło. Aztekowie z wdzięczności poświęcali mu to, co najcenniejsze – ludzkie serca. Gdy w roku 1486 zbudowano w stolicy wielką piramidę Słońca (na jej gruzach stoi dziś katedra), ówczesny władca Ahuitzotl podczas dwuletniej wojny zgromadził około dwadzieścia tysięcy niewolników. Wszystkim z piersi wydarto serca i jeszcze drgające złożono w ofierze bogu słonecznemu.

 

 

Słońce jako gwiazda

Słońce, podobnie jak wszystkie gwiazdy, składa się z rozżarzonego gazu. Skupia się on w kuli, której średnica wynosi aż 1392,5 tys. Km, czyli jest prawie 109 razy większa od średnicy naszego globu. Przeogromna ta kula zawiera w swojej objętości tak wielką ilość materii, że można by z niej zbudować 333 tys. Planet tej wielkości co Ziemia. Mimo tych ogromnych rozmiarów tarcza Słoneczna wydaje się niewielka. Dzieje się tak ze względu na dużą odległość, wynoszącą średnio 149 597 870 km. Tę właśnie odległość uważa się za jednostkę astronomiczną, służącą do pomiarów odległości w Układzie Słonecznym. Światło przebywa ją w ciągu 8 min i 19 s, poruszając się w próżni z prędkością 299 792 458 m/s.

 

Prawdopodobnie Słońce powstało około 4,5 miliarda lat temu.

Układ planetarny Słońca

 

Pod pojęciem Układu Słonecznego rozumiemy Słońce i wszystkie ciała kosmiczne, które poruszają się w jego polu grawitacyjnym. Skupia ono w swej objętości aż 99,866% masy całego układu. Na inne obiekty przypada zaledwie 0,134%, z czego najwięcej zajmują planety (ponad 0,133%), potem komety (0,0003%) i księżyce (0,00004%). Na planetoidy wypada tylko dziesięciomilionowa część Układu Słonecznego, liczba zaś określająca procent masy meteoroidów i pyłu międzyplanetarnego miałaby 11 zer po przecinku.

 

Pod względem ruchu system planetarny Słońca charakteryzują następujące cechy:

1.Wszystkie planety obiegają Słońce w jednym i tym samym kierunku.

2.Wszystkie planety (oprócz Wenus, Urana i Plutona) obracają się wokół swych osi w tym samym kierunku, w którym obiegają Slońce.

3.Orbity wszystkich planet (za wyjątkiem Merkurego i Plutona) mają bardzo małe mimośrody[1], a więc kształtem niewiele różnią się od kół.

4.Orbity wszystkich planet (prócz Merkurego i Plutona) leżą prawie w jednej płaszczyźnie, nieznacznie tylko nachylonej względem płaszczyzny równika Słonecznego.

5.Słońce obraca się wokół swej osi w tym samym kierunku, w którym poruszają się obiegające je planety.

6.Większość księżyców porusza się po orbitach o kształcie zbliżonym do kół.

7.Większość księżyców obiega macierzyste planety w tym samym kierunku, w którym one obiegają Słońce.

8.Orbity księżyców są przeważnie nieznacznie tylko nachylone względem płaszczyzny równików macierzystych planet.

 

Według masy, wielkości i gęstości planety dzielą się wyraźnie na dwie odrębne grupy. Do pierwszej grupy, zwanej grupą ziemską (lub skalną) zaliczamy Merkurego, Wenus, Ziemię, Marsa. Tworzą ją więc planety o stosunkowo małych masach i niewielkich rozmiarach, ale za to dużych gęstościach. Do drugiej zaliczany jest Jowisz, Saturn, Uran i Neptun (grupa gazowych olbrzymów). Są to dla odmiany planety o bardzo dużych masach i rozmiarach, lecz o małych gęstościach.

 

Wszystkie planety są ciałami zimnymi, świecącymi jedynie odbitym blaskiem słonecznym. Ich blask na ziemskim niebie zależny jest więc nie tylko od odległości od Ziemi, ale i od odległości od Słońca. Ważną rolę odgrywa w tym przypadku również rzeźba powierzchni planety i rodzaj materii, z której jest ona stworzona. Gdy planeta posiada atmosferę o odpowiedniej gęstości, światło słoneczne odbija się od jej zewnętrznych warstw. W tym przypadku blask planety w dużym stopniu uzależniony jest od składu chemicznego otoczki gazowej.

 

Dookoła 6 planet Układu Słonecznego krążą księżyce, które także swój blask zawdzięczają odbitemu światłu słonecznemu. Najwięcej, bo aż 27 księżyców odkryto przy Uranie. Drugie miejsce pod tym względem zajmuje Saturn z 23 księżycami, trzecie zaś Jowisz – z 16 księżycami. Neptun ma 3 księżyce, Mars – 2 a Ziemia i Pluton po jednym. Dotychczas nie odkryto księżyców przy Merkurym i Wenus, które ich zapewne nie mają. Gdyby istniały, musiałyby mieć bardzo małe rozmiary, skoro dotąd nie zostały dostrzeżone.

 

Pluton jest najdalszą znaną planetą i dlatego jego orbitę traktuje się jako granicę Układu Słonecznego. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę nie tylko planety, lecz także i drobne ciała, takie jak na przykład komety, wówczas granicę naszego systemu planetarnego trzeba umieścić znacznie dalej od Słońca. Nie ma zresztą pewności, czy Pluton jest rzeczywiście najdalszą planetą…

 

Diagram promieniowy

Pochodzenie Słońca i planet

Przez wiele stuleci nie zastanawiano się głębiej nad pochodzeniem ciał niebieskich. Dla ówczesnych ludzi taki problem w ogóle nie istniał, bo przecież zgodnie z ich przekonaniami Ziemia, Księżyc, planety, Słońce i gwiazdy zostały stworzone przez Boga. Dopiero w XVII wieku zaczęły pojawiać się pierwsze bardzo jeszcze naiwne spekulacje naukowe na ten temat. Za przykład może służyć hipoteza, z która w 1644 roku wystąpił Kartezjusz. Wprawdzie i on nie zrezygnował z Boga, ale ograniczył boską interwencję do „wydobycia z nicości” pewnej ilości materii i nadania jej określonych ruchów.

 

Pomimo naiwności teoria Kartezjusza oznaczała olbrzymi postęp w sposobnie myślenia człowieka i jego poglądach na otaczający go świat. Z naukowego jednak punktu widzenia przedstawia wartość jedynie jako pierwsze usiłowanie wyjaśnienia ruchu wirowego, który w Układzie Słonecznym jest bardzo pospolity. Uważał on bowiem, że stworzona przez Boga materia ziarnista wypełniała początkowo równomiernie całą przestrzeń, poruszając się pod wpływem „boskiego impulsu” wzdłuż odpowiednich zamkniętych krzywych.

 

W ten sposób miały tworzyć się pewnego rodzaju wiry i w nich zaczęła skupiać się materia pod trzeba postaciami (żywiołami): najgrubszej, drobniejszej i najdrobniejszej. Z części najgrubszych (trzeci żywioł) powstały planety, księżyce i komety, z części drobniejszych (drugi żywioł) – ciecze i pozostające w ciągłym ruchu powietrze, a z części najdrobniejszych (pierwszy żywioł) - gwiazdy i Słońce. To ostatnie było środkiem wielkiego wiru, unoszącego planety, te zaś miały być środkami mniejszych wirów, unoszących ich księżyce.

 

Dużą popularnością cieszy się dziś teoria, z którą w roku 1949 roku wystąpił Gerard P. Kuiper (1905-1973), znany astronom amerykański pochodzenia holenderskiego. Założył on, że system planetarny narodził się z tej samej materii co Słońce, i to prawie równocześnie z nim. Powstało ono po prostu z najgęściejszego ośrodka obłoku międzygwiezdnego, a pozostała jego część przybrała postać dysku i zaczęła obracać się wokół prasłońca. Po pewnym czasie wirujący obłok rozpadł się na wiele fragmentów, z których stopniowo wytworzyły się protoplanety. Miały one początkowo masy większe od mas planet dzisiejszych, lecz na wskutek wymiatającego działania promieni słonecznych zostały pozbawione rozległych otoczek gazowych, skladających się głównie z najlżejszych gazów (wodór i hel).

 

I my przed miliardami lat byliśmy częścią składową ogromnego obłoku materii międzygwiazdowej. W pewnej chwili jego równowaga została zachwiana, a nastąpiło to prawdopodobnie podczas przejścia przez spiralne ramię Galaktyki. Tam właśnie rozbłysły pierwsze bardzo masywne gwiazdy. Ich żywot był krótki, trwał bowiem zaledwie kilkanaście milionów lat, po czym gwiazdy te wybuchały jako supernowe. Jedna z nich eksplodowała blisko protosłonecznego obłoku. Odrzucona przez nią materia zmieszała się z nim i jeszcze bardziej go sprężyła, dając początek Układowi Słonecznemu.

 

Opowieści o planetach

Merkury na nowo odkryty

Merkury jest niewdzięcznym obiektem do obserwacji z Ziemi, ponieważ ze wszystkich planet krąży najbliżej Słońca i na niebie znajduje się zawsze w jego bliskim sąsiedztwie. Można go więc obserwować jedynie wieczorem nisko nad zachodnim lub pod koniec nocy tuż nad wschodnim horyzontem. Wówczas jednak promienie słoneczne odbite od powierzchni Merkurego muszą przejść przez grubą warstwę ziemskiej atmosfery, wskutek zaś jej zanieczyszczeń i drgań obraz planety ulega w teleskopie dużym zniekształceniom.

 

Pod koniec okresu powstawania wnętrze Merkurego osiągnęło kilkadziesiąt tysięcy stopni, co doprowadziło je do stanu płynnego. Pierwiastki o największej gęstości – metale, jako najcięższe opadły w okolice jądra planety, które prawie w całości składa się z żelaza. Jest ono nienormalnie duże w stosunku do całkowitej wielkości Merkurego (80%).

 

Podobnie jak wszystkie siostrzane planety, tuż po swych narodzinach Merkury został silnie zbombardowany przez meteoryty. Trwało to blisko milion lat. W wyniku tego bombardowania powierzchnię planety pokryły kratery o bardzo różnych rozmiarach. Największy Caloris ma 1350 km średnicy. Uderzenia były tak silne, że musiały wyrwać dużą część powierzchni Merkurego, zostawiając wielkie jądro w stosunkowo małej planecie. 

 

Merkury nie ma ani satelitów, ani atmosfery, gdyż jego niewielka masa, a więc i mała grawitacja, nie pozwalają mu zatrzymać cząsteczek gazu na dłużej. Brak ochronnej warstwy atmosfery sprawia, że jest on wystawiony na łaskę i niełaskę promieni Słońca.

 

Ponieważ Merkury przez większość czasy jest zwrócony do Słońca tą samą stroną, trudno w ogóle mówić o merkuriańskich dniach i nocach. Na dziennej połowie planety temperatura wynosi ok. 400°C, a na nocnej tylko -170°C. Kilka lat temu astronomowie odkryli na Merkurym obecność lodu. Zalega on na samym dnie kraterów położonych w okolicach biegunów, gdzie promienie Słońca nigdy nie docierają.

 

Coś więcej?

Okres obrotu Merkurego wokół własnej osi wynosi 58 dni i 15 godzin, a okres obiegu Słońca 88 dni.

 

Nazwa Merkury pochodzi od łacińskiej nazwy rtęci, jednego z najcięższych metali. To ciekawa zbieżność, bo przecież starożytni astronomowie nie mogli jeszcze wiedzieć, że pod względem zawartości metali ta planeta jest rekordzistką w Układzie Słonecznym.

Nazwa tej planety pochodzi również od rzymskiego boga Merkurego – szybkonogiego posłańca bogów.

 

 

Zagadkowa Wenus

Piękna nazwa pochodzącą od rzymskiej bogini miłości oraz wielkość zbliżona do rozmiarów Ziemi mogłaby sugerować, że Wenus jest miłą bliźniaczką naszej planety. Jednak to tylko pozory…

 

Na miano zagadkowej planety w pełni zasługuje Wenus.

W starożytności zwano ją - zależnie od pory widoczności - Gwiazdą Wieczorną lub Gwiazdą Poranną.

Krąży bowiem wewnątrz ziemskiej orbity i widoczna jest na niebie - podobnie jak Merkury - zawsze w pobliżu Słońca.

Wenus obraca się niespodziewanie bardzo wolno, zaledwie jeden raz w ciągu 243 dni, a jej obrót odbywa się w kierunku przeciwnym niż obrót naszej planety.

Wenus nie ma pola magnetycznego, ponieważ obraca się zbyt wolno.

Na Wenus nie może być wody ze względu na wysoką temperaturę, dochodzącą do około 500 stopni C. Panuje tam również ciśnienie bliskie 100 atmosferom.

Między nocną a dzienną półkulą planety nie występują większe różnice temperatur i brak także wyraźniejszych różnic w ciśnieniu, toteż atmosfera przy powierzchni Wenus zawsze jest spokojna - nigdy nie występują w niej wiatry czy inne zaburzenia.

Główne obszary geograficzne Wenus:

1. Ziemia Afrodyty (Aphrodite terra) - ma powierzchnię równą powierzchni Ameryki Południowej. Leży wzdłuż wenusjańskiego równika, ciągnąc się na przestrzeni mniej-więcej 1/3 obwodu planety. Na południowy wschód od najważniejszego wzniesienia tej krainy znajduje się dolina o dość stromych zboczach, mająca kilka km głębkości i długość dochodzącą do kilku tys. km.

2. Ziemia Isztar (Ishtar Terra) ma powierzchnię mniej-więcej równą powierzchni Australii. Znajduje się tu rozległy płaskowyż Lakszmi, otoczony wokół masywami górskimi (Akna Montes i Freya Montes). Na zachód od płaskowyżu Lakszmi leżą Góry Maxwella, których szczyty wznoszą się około 11 km nad poziom zerowy. W tej okolicy Ziemi Isztar widać liczne ślady działalności tektonicznej i wulkanicznej.

3. Obszar Beta (Beta Regio) to właściwie dwie ogromne góry, najprawdopodobniej pochodzenia wulkanicznego. Mniejszą z nich nazwano Górą Rhei, a większą Górą Thei. Góra Thei ma u podstawy aż 100 km średnicy i wysokość względem poziomu zerowego około 4 km.

4. Obszar Alfa (Alfa Regio) jest fragmentem powierzchni Wenus silnie odbijającym sygnały radarowe. Leży tu krater Ewa, przez środek którego przechodzi zerowy południk planety. A zatem krater spełnia taką samą rolę, jaką w geografii spełnia przedmieście Londynu – Greenwich.

 

Wielką rolę w kształtowaniu powierzchni Wenus odegrała prawdopodobnie działalność wulkaniczna. Pierwszych bezpośrednich informacji na ten temat dostarczyły badania przeprowadzone za pomocą sond typu Wenera, które lądowały na planecie i przekazywały nie tylko bardzo szczegółowe obrazy jej powierzchni, ale także wyniki chemicznej analizy gruntu. Okazał się on podobny do ziemskich skład wulkanicznych, powstałych – jak wiadomo – po zastygnięciu magmy wypływającej z wnętrza globu ziemskiego.

 

Coś więcej?

Dawniejsi badacze sądzili, że obecnie na Wenus panują takie same warunki, jakie na Ziemi istniały w okresie karbonu. Ciepły i rzekomo wilgotny klimat Wenus miał sprzyjać rozwojowi roślin podobnych do skrzypów, widłaków i paproci, wśród których być może żyją olbrzymie owady, ślimaki i płazy. Krótko mówiąc - niegdyś uważano Wenus za młodą planetę, przypominającą Ziemię sprzed około 300 milionów lat, a tymczasem przypomina ona raczej jałową pustynię, pokrytą potokami lawy i pyłem wulkanicznym.

 

Księżyc wczoraj i dziś

Księżyc jest jedynym naturalnym satelitą Ziemi i od wieków budził nasze zainteresowanie. Co ciekawe, zawsze widzimy tę samą stronę Księżyca, ponieważ obraca się on wokół swej osi w tym samym tempie, w jakim obiega Ziemię.

 

Dziś wiemy, że Księżyc świeci tylko dzięki Słońcu – odbija jego blask. Dawniej ludzie nie mieli o tym pojęcia, ale i tak wiele starych wierzeń łączy Księżyc ze Słońcem. W starożytnej Grecji Selene – bogini Księżyca była siostrą Heliosa – boga Słońca. Zaś u naszych słowiańskich przodków Księżyc był księciem, synem króla nieba – Słońca.

 

Słońce, Ziemia i Księżyc od miliardów lat tańczą w rytm sił grawitacji: Księżyc wokół Ziemi, a Ziemia wokół Słońca. Słońce jest jednak zazdrosne i stale próbuje oderwać Ziemię od Księżyca. W rezultacie Ziemia zwalnia ruch obrotowy wokół własnej osi, a Księżyc oddala się od niej o około 3 cm rocznie. Może kiedyś Ziemi zabraknie partnera do tańca…?

 

Liczne kratery widoczne na powierzchni Księżyca są dowodem, że był on wielokrotnie bombardowany przez niewiarygodne ilości meteorytów. Gdyby nie on, spora cześć tych kosmicznych pocisków uderzyłaby w powierzchnię Ziemi.

 

Księżyc ma 4,5 ml lat i jest rówieśnikiem naszej planety. Ale jak doszło do tego powstania? Jedna z teorii mówi, że Księżyc powstał z pyłów i gazów, które wpadły w pole grawitacji Ziemi. Według innej Ziemia i Księżyc były kiedyś jedną formującą się planetą, która zbyt szybko obracała się wokół własnej osi i dlatego rozpadła się na dwa kawałki.

Jeszcze inna teoria głosi, że Księżyc narodził się nieco dalej i dopiero później wpadł w sidła Ziemi.  Ale chyba najbardziej wiarygodny jest pogląd o zderzeniu nowo narodzonej Ziemi z olbrzymim meteorytem. Na skutek tego zderzenia cześć skorupy i płaszcza Ziemi rozpadła się, a ich szczątki utworzyły pierścień wokół planety. Z czasem szczątki te połączyły się i dały początek Księżycowi.

 

Księżyc potrzebuje dokładnie tyle czasu na wykonanie pełnego obrotu wokół własnej osi, co na okrążenie Ziemi (27 dni, 7 godzin i 43 minuty). Dlatego z Ziemi widzimy stale tę samą jego stronę. A jak wygląda ta druga? Aż do października 1959 r., gdy sfotografowała ją radziecka sonda Łuna 3, pobudzała wyobraźnię pisarzy sci-fi. Okazało się jednak, że druga strona Księżyca nie wygląda tak samo jak ta, którą oglądamy na co dzień. Jej powierzchnia jest jeszcze bardziej zryta kraterami i nie ma na niej mórz – ciemnych plam tak charakterystycznych dla strony widocznej. Dlaczego? Tajemnica wyjaśniła się, gdy astronomowie zauważyli, że skorupa po widocznej stronie jest cieńsza niż po przeciwległej.

 

Tuż po powstaniu Księżyca, gdy wnętrze naszego satelity było jeszcze gorące i płynne, spadł na niego wielki grad kosmicznych pocisków, które pozostawiły liczne kratery. Jako że strona zwrócona do Ziemi ma cieńszą skórę, meteoryty pobiły księżyc „do krwi” – przez popękaną skorupę zaczęła sączyć się lawa. Z czasem wypełniła ona kratery po meteorytach i zastygła. A więc to, co ludzie brali za morza, przypomina raczej strupy…

 

Coś więcej?

Ludzie od dawna marzyli o podróży na Księżyc. Mało kto dzisiaj wie, że już w starożytnym Rzymie 1800 lat temu powstawały książki, które moglibyśmy nazwać fantastyczno-naukowymi. Lukian z Samosat opisał morską wyprawę, w czasie której wiatr porywa statek i podróżników na Księżyc. Nawet tak poważny astronom jak Kepler był autorem opowiadania o mieszkańcach Księżyca. Natomiast znany XIX-wieczny pisarz Jules Verne napisał powieść „Z Ziemi na Księżyc”, w której bohaterowie wyruszają w kosmos w ogromnym pocisku wystrzelonym przez armatę. Co ciekawe, miejsce startu znajdowało się niedaleko dzisiejszego Przylądka Kennedy’ego, skąd naprawdę zaczął się lot pierwszych zdobywców Księżyca w 1969 roku. Bohaterowie „Trylogii księżycowej”, polskiego pisarza z początku XX w. Jerzego Żuławskiego znaleźli na niewidocznej stronie Księżyca lasy i wodę, i… mieszkające tam potwory.

 

Mars bez legend

Mars jest jedną z pięciu planet, które znane były już najstarszym kulturom. Nie mógł bowiem ujść uwagi ówczesnych obserwatorów, gdyż świeci tak jasno, jak najjaśniejsza gwiazda naszego nieba – Syriusz. Ze względu na czerwonokrwistą barwę nadano mu imię boga wojny, toteż w astrologii odgrywał ważną, lecz niezbyt chlubną rolę. Przez wiele stuleci usprawiedliwiał niecne czyny mocnych, utrzymywał zaś w nieustannym strachu słabych. To było głównym powodem, że już w zamierzchłych czasach tak pilnie śledzono ruch Marsa na niebie. Starano się po prostu poznać wolę niedobrego boga, by się jakoś uchronić przed jego gniewem.

 

Po wynalezieniu lunety i zastosowaniu jej do obserwacji astronomicznych zainteresowanie Marsem jeszcze bardziej wzrosło. Wkrótce zwrócono uwagę na podobieństwo zjawisk tam zachodzących ze zjawiskami występującymi na naszej planecie. To z kolei zrodziło wiarę w Marsjan i ich wysoką technikę.

 

Głównie zaś przyczynił się do tego włoski astronom Giovanni V. Shiaparelli (1835-1910), odkrywca słynnych kanałów na Marsie. Swego czasu uważano je za twory sztuczne, służące Marsjanom do nawadniania pustyń i do zaopatrywania tamtejszych miast w wodę. Miano ją rzekomo doprowadzać z topniejących wiosną lodów podbiegunowych.

 

Dopiero badania wykonane przez radzieckie i amerykańskie sondy kosmiczne przekreśliły te złudne nadzieje. Wykazały one, że atmosfera Marsa jest ponad 150 razy rzadsza od atmosfery ziemskiej i około 95% jej zawartości stanowi dwutlenek węgla. Na azot przypada od 2 do 3%, na argon 1-2%, a na tlen zaledwie od 0,1% do 0,4%. Marsjańska atmosfera nie jest więc odpowiednia dla żywych organizmów, nie sprzyjają im również zbyt niskie temperatury planety, wykazujące przy tym zbyt duże wahania dobowe.

 

Mars z bliska jest nieco podobny do Księżyca. Wprawdzie na jego północnej półkuli przeważają endogenne-wulkaniczne równiny, południowa półkula jednak posiada typowo księżycowy krajobraz. Znajdują się tu liczne kratery uderzeniowe, które najprawdopodobniej powstały w końcowej fazie formowania się planety i są to najstarsze utwory na jej powierzchni.

Pod względem geologicznym powierzchnia Marsa jest jednak bardziej urozmaicona od powierzchni Księżyca. Skorupa marsjańskiego globu osiągnęła dużo wyższy stopień ewolucji, przy jej formowaniu bowiem ważną rolę odgrywały nie tylko upadki meteorytów, lecz również działalność wulkaniczna i tektoniczna, a także przemieszczanie się ogromnych mas materii i erozja atmosferyczna.

 

Marsjańskie księżyce

Marsa obiegają dwa naturalne księżyce o mikroskopijnych wprost rozmiarach. Znamy je dopiero od ponad stu lat, chociaż już na początku XVII wieku przewidywano ich istnienie. Są jednak dość trudne do obserwacji i dlatego przez długi czas uchodziły uwagi obserwatorów. Po odkryciu były pilnie obserwowane, a mimo to przez długi czas prawie nic o niech nie wiedzieliśmy. Dopiero badania przeprowadzone za pomocą sond kosmicznych „Mariner” i „Viking” umożliwiły poznanie kształtów księżyców Marsa, zmierzenie ich średnic, wyznaczenie przybliżonych mas i średnich gęstości oraz rzeźby powierzchni tych niewielkich ciał.

 

Satelity Marsa przypominają kształtem olbrzymie bulwy ziemniaczane. Większy jest Phobos, którego trójosiowa bryła ma rozmiary 27x21,5x19 km. Deimos  jest dużo mniejszy, gdyż tworzy go owalna bryła o rozmiarach 15x12x11 km. Objętość pierwszego wynosi więc około 5810km3 , drugiego zaś – około 1400km3 .

Oba księżyce obracają się wokół środków swych niewielkich mas w takim samym czasie, w jakim dokonują pełnych obiegów dokoła macierzystej planety. Zwracają wiec ku niej – podobnie jak Księżyc ku Ziemi – zawsze te same strony swych globów. W dalekiej przeszłości najprawdopodobniej dużo szybciej wirowały wokół swych osi, ale z czasem ich ruch obrotowy został wyhamowany przez siły pływowe Marsa.

 

Na powierzchni marsjańskich księżyców znajdują się liczne utwory kraterowe, i to wcale niemałych rozmiarów. Jest to chyba dość przekonywujący dowód, że czynnikiem kraterotwórczym dla wszystkich ciał naszego układu planetarnego były upadki meteorytów.

 

Jeden z tych okazałych kraterów w pobliżu południowego bieguna Phobos otrzymał nazwisko wybitnego amerykańskiego astronoma i maga, Asapha Halla (1829-1907), ponieważ on właśnie w roku 1877 po żmudnych poszukiwaniach odnalazł na niebie księżyce Marsa. Jego małżonce natomiast, Angelinie Stickney, przydzielono największy krater na Phobosie, gdyż w dużym stopniu przyczyniła się do odkrycia marsjańskich satelit, zachęcając swego męża do wytrwałości w poszukiwaniach, gdy zniechęcony początkowym niepowodzeniem zamierzał je już porzucić. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyż wielu ówczesnych astronomów wątpiło w istnienie księżyców Marsa i wszelkie próby ich odszukania uważało za stratę czasu.

 

W roku z 1976 roku John C. Smith i George H. Born wysunęli hipotezę, że orbita Phobos miała pierwotnie dwa razy większe wymiary niż dziś. Ponieważ jednak stopniowo się zacieśnia, to po upływie około 100 milionów lat ten niewielki księżyc winien zderzyć się z Marsem – o ile wcześniej nie rozpadnie się na małe kawałki.

 

 

 

Planetarny olbrzym

Jowisz to imię ojca rzymskich bogów i nazwa ciała niebieskiego. Nazwa uzasadniona, bo nosi ją największa planeta Układu Słonecznego. Z jej materii można by zbudować niemal 320 globów tej wielkości co Ziemia lub prawie 2,5 kompletu pozostałych planet Słonecznej rodziny. Ale na uwagę zasługują nie tylko ogromne rozmiary i wielka masa Jowisza, lecz i jego budowa, jakże odmienna od budowy Ziemi. Jest to pełen niezwykłych zjawisk glob, który wciąż ukrywa przed nami wiele tajemnic.

 

Jowisz wykonuje pełny obrót wokół własnej osi wciągu niespełna 10 godzin. To bardzo szybko, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę niezwykłe rozmiary tej planety (ponad 140 000 km średnicy). Dlatego ruch ten wywołuje wiatry, które w okolicach równika wieją z prędkością ponad 500 km/h. Wiatry te rozciągają chmury w równoległe pasma, które zależnie od wysokości są widoczne jako jasne lub ciemne smugi.

 

Granice między poszczególnymi pasmami chmur są niezwykle niespokojne. Od ponad 350 lat ludzie obserwują Wielką Czerwoną Plamę, która jest olbrzymim, niesłabnącym cyklonem. Do jego potężnego wnętrza można by wrzucić aż 2 Ziemie, a i tak po bokach zostałoby jeszcze kilka tysięcy km wolnego miejsca!

 

Pod chmurami na głębokości ok. 8500 km panuje ogromne ciśnienie i temperatura wynosząca 10 000°C. W takich warunkach nawet wodór nie ma już postaci gazowej, lecz ciekłą. Prawdopodobnie więc cała powierzchnia Jowisza jest jednym wielkim oceanem. Występują na nim fale o wysokości kilku kilometrów, które nie napotykając przeszkód, nieustannie opływają całą planetę. W głębinach takiego oceanu wodoru ciśnienie i temperatura rosną jeszcze bardziej a wodór przechodzi ze stanu ciekłego w stały, metaliczny.

 

Na głębokości 57 000 km istnieje prawdopodobnie jądro utworzone ze skał i lodu. Jest 2 razy większe od jądra Ziemi, 10 razy cieższe, a przede wszystkim niezwykle gorące: jego temperatura wynosi aż 30 000°C. Uczeni wciąż nie znają przyczyn tak wysokiej temperatury wewnętrznej. Do niedawna myśleli, że jest to efekt zapadania się atomów wodoru, które przesuwają się ku środkowi planety. Być może są to pozostałości temperatury z okresu powstawania Jowisza. Jego jądro po prostu jeszcze nie wystygło. Tak czy inaczej Jowisz wysyła prawie 2 razy więcej ciepła, niż otrzymuje od Słońca.

 

 

Gdybyśmy mogli spojrzeć na Jowisza pod światło, zobaczylibyśmy wokół niego cienkie pierścienie z okruchów skalnych i brył lody. W jego wędrówce wokół Słońca towarzyszy mu 16 dużych i wiele mniejszych satelitów, spośród których wyodrębnić można cztery grupy. Gazowy olbrzym i jego rodzinka są jak miniaturowy Układ Słoneczny.

 

Do pierwszej grupy należy Amaltea, Adrasthea, 1979 J 2 i 1979 J 3. Drugą, bardzo regularną grupę tworzą 4 największe księżyce Jowisza – Io, Europa, Ganimedesa i Callisto.  W skład trzeciej grupy wchodzą 4 niewielkie księżyce: Himalai, Leda, Lysithea i Elara, obiegające Jowisza niemal w jednakowej odległości. Do czwartej wreszcie grupy zaliczyć należy  4 najdalsze księżyce, obiegające planetę w przeciwnym kierunku. Najprawdopodobniej nie są one genetycznie związane z Jowiszem, a raczej schwytanymi przez niego planetoidami.

 

Odkrywcą 4 największych satelitów Jowisza, zwanych również galileuszowymi – Io, Europy, Ganimedesa i Callisto – był Galileusz. Fakt, iż Jowisz ma satelity dowodził niezbicie, że nie wszystko krąży wokół Ziemi oraz że nasza planeta nie jest środkiem Wszechświata, jak wówczas powszechnie uważano. Tak więc obserwacje Jowisza przyczyniły się do awansu Słońca.

 

Cztery największe satelity Jowisza różnią się od siebie, mimo że krążą wokół tej samej planety. Europę pokrywa gruba, spękana skorupa lodowa, pod którą być może kryje się ocean wody. Callisto ma bardzo piegowatą skórę – jej powierzchnia jest wprost usiana kraterami, które powstały na skutek bardzo silnego bombardowania meteorytami. Z kolei Ganimedesa zawdzięcza swą barwę mieszaninie lodu i pyłów. A Io? To już zupełnie inna historia…

 

O wulkanizmie Io

Io to istna męczennica! Jest najbardziej wulkanicznym miejscem w Układzie Słonecznym. Wybuchy wulkanów wyrzucają potoki lawy na 200 km w górę i nieustannie zmieniają wygląd jej powierzchni. Astronomowie żartują, że Io przypomina świeżą pizzę zaraz po wyjęciu z pieca, choć z całą pewnością wyziewy z wnętrza tego księżyca pachną… mniej smakowicie. Wyjaśnieniem tego wprost niezwykłego wulkanizmu jest bliskość Jowisza. Wnętrze Io rozgrzewa się bardzo mocno z powodu sił przyciągania planety-matki, do której stale się przybliża.

 

Io ma dużo większą gęstość od trzech pozostałych galileuszowych księżyców Jowisza, zatem musi mieć zupełnie inny skład chemiczny i budowę swego wnętrza. Również jej powierzchnia różni się od planet i znanych już Księżyców Układu Słonecznego. Pokrywają ją nieregularne plamy o barwie czerwonej, oranżowej, brązowej, żółtej i białej, na pierwszy rzut oka przypominając jakieś abstrakcyjne malowidło. Na uwagę zasługują koliste i owalne plamy, niekiedy mające kształty podków lub nieregularne kontury. Są to właśnie wulkany tarczowe i ogniska erupcji wulkanicznych, przejawiające się zarówno gwałtownym wyrzutem gazu i pyłu, jak i obfitym wylewem lawy.

 

Krajobraz na Io – jak już wiemy – kształtują wyłącznie formacje wulkaniczne. Bo choć i powierzchnia tego księżyca była swego czasu intensywnie bombardowana meteorytami, to jednak wybite przez nie niecki kraterowe dawno zostały pokryte produktami wulkanicznymi. Dziś najliczniej występują tam kratery wulkaniczne (patery), noszące – tak samo jak i ogniska erupcji wulkanicznej (centra) – imiona bóstw mających coś wspólnego z ogniem, błyskawicami, piorunami, światłem, Słońcem i wulkanizmem. Wymienić należy przynajmniej osiem ognisk erupcji, które w roku 1979 były akurat aktywne i które odkryto już podczas wstępnej analizy obrazów uzyskanych przez „Voyager”. Osiągnęły one następujące wysokości: Masubi – 70 km, Prometeusz – 70 km, Amirani – 80 km, Maui – 80 km, Volund – 95 km, Loki – 100 km, Marduk – 120 km i Pele – 280 km.

 

 

Saturn i jego pierścienie

 

Drugie miejsce wśród planet – pod względem rozmiarów i masy – zajmuje Saturn. Chaldejczycy widzieli w nim gwiazdę bóstwa słonecznego, Grecy natomiast utożsamiali go z ojcem Zeusa – Kronosem, który przez Rzymian zwany był Saturnem. Glob ten ma objętość 735 razy większą od objętości Ziemi, ale masę tylko 95 razy większą od jej masy. Oznacza to, że średnia gęstość Saturna jest bardzo mała, mniejsza nawet od gęstości wody. Gdyby istniał jakiś olbrzymi ocean, do którego dałoby się wrzucić wszystkie planety systemu słonecznego, jedynie glob Saturna pływałby po jego powierzchni. Pozostałe planety mają większą gęstość od wody i od razu tonęłyby w tym wyimaginowanym oceanie. Małą gęstość Saturna astronomowie tłumaczą rozległą atmosferą, której grubość oceniana jest na kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Jednak – podobnie jak w przypadku Jowisza – tylko cienka, zewnętrzna jej warstwa znajduje się w stanie gazowym. Składa się ona głównie z wodoru i helu oraz niewielkiej ilości metanu, amoniaku i pary wodnej. Niżej wodór na skutek olbrzymiego ciśnienia staje się stopniowo półpłynny, a w końcu przyjmuje postać metaliczną. W samym środku planety przypuszczalnie znajduje się kamienno-żelazne jądro, mniej-więcej o takich samych wymiarach jak glob ziemski.

 

Pod względem posiadanych satelit Saturn jest rekordzistą w Układzie Słonecznym – ma ich aż 23!

 

Schemat organizacyjny

 

Z uwagi na dużą odległość Saturna od Słońca temperatura jego widocznej powierzchni jest bardzo niska, gdyż wynosi -167°C. Na skutek zaś dużej odległości planety od Ziemi nawet przez największe teleskopy widać na niej niewiele szczegółów.

Są to przede wszystkim ciemne i jasne pasy, układające się równolegle do równika planety. Jasne pasy odpowiadają przypuszczalnie obszarom wznoszenia się gazów, ciemniejsze zaś – obszarom ich opadania.

 

Struktura obłoków w atmosferze Saturna – jak to wykazują obrazy otrzymane za pomocą sond „Voyager” – jest bardziej złożona niż struktura obłoków w atmosferze Jowisza. Zachodzą w niej dużo burzliwsze procesy, w strefie równikowej planety wieją prawie pięć razy silniejsze wiatry (ich prędkość dochodzi do 1800 km/h). Widać tam tysiące białych, nie uszeregowanych chmur, a wśród niektórych pasów równoleżnikowych przewijają się długie, faliste prądy atmosferyczne o ciemnym odcieniu, szerokości setek kilometrów. Ponadto liczba pasów na Saturnie jest większa niż na Jowiszu, sięgają one wyższych szerokości, widać je nawet blisko biegunów. Są jednak dużo cieńsze od pasów Jowisza i dlatego z Ziemi nie można ich dostrzec orzez wielkie nawet teleskopy. W całej krasie widać je dopiero na obrazach planety otrzymanej z bliska za pomocą sond kosmicznych.

 

Mimo wielu różnic Saturna można uważać za bliźniaczego brata Jowisza. I on zachował prawie cały podstawowy materiał z pierwotnej mgławicy prasłonecznej, składa się niemal wyłącznie z wodoru i helu, które występują mniej więcej w takich samych proporcjach jak na Słońcu.

 

Słynne pierścienie Saturna również mają bardzo złożoną strukturę.

Na obrazach otrzymanych z bliska rozpadły się one na setki cienkich kręgów, przy czym im większa jest siła rozdzielcza obrazu, tym owych kręgów więcej można się doliczyć.

Ich zewnętrzna średnica wynosi aż 274 000 km, lecz ostro zarysowane brzegi świadczą o nieznacznej grubości, która – jak się ocenia – ma zaledwie kilkadziesiąt metrów.

 

Trzy najdalsze planety

Prawie do końca XVIII stulecia astronomowie byli niemal pewni, że Saturn jest najdalszą planetą Układu Słonecznego. Jakież więc było zaskoczenie, gdy w roku 1781 astronom angielski Frederick William Herschel odkrył jeszcze dalszą planetę, której dano imię mitologicznego boga niebios - Urana. Okazała się ona znacznie mniejsza od Jowisza i Saturna, ale dużo większa od Ziemi i pozostałych planet. Znajduje się jednak bardzo daleko od nas i dlatego nawet przez duże teleskopy nie widać na niej prawie żadnych szczegółów. Ziemi możemy obserwować tylko zwenętrzne warstwy jego atmosfery, składającej się glównie z wodoru i metanu.

 

Obserwacje wykazały, że glob Urana jest silnie spłaszczony, co wiąże się z jego szybkim ruchem obrotowym. Ruch ten ma jednak zupełnie odmienny charakter niż ruch poznanych dotychczas planet, u których nachylenia równików względem płaszczyzn ich orbit są niewielkie, toteż biegną one po swoich orbitach jak wirujące bąki, podczas gdy Uran toczy się po orbicie niczym beczka.

Jego równik jest bowiem nachylony niemal prostopadle do płaszczyzny orbity, skutkiem czego planeta zwraca ku nam zarówno obszary równikowe, jak i swe bieguny. Z tego też powodu na Uranie występuje osobliwy rozkład stref klimatycznych, gdyż jego koła podbiegunowe leżą bliżej równika niż zwrotniki, które dla odmiany znajdują się blisko biegunów. W związku z tym bardzo ciekawie zachowuje się Słońce na tamtejszym firmamencie: może ono przecież świecić w zenicie nie tylko nad obszarami równikowymi, ale i nad okolicami podbiegunowymi.

 

Nie tylko Jowisz i Saturn, ale i Uran ma liczną gromadę księżyców. Jest ich ponad 15.

 

Schemat organizacyjny

 

Niektóre z nich są niewielkimi ciałami, mają zaledwie 24-145 km średnicy. Rozmiarami różnią się więc znacznie od pięciu dużych księżyców Urana, na powierzchni których odkryto różne kratery meteorytowe, podłużne doliny i wiele innych formacji topograficznych. Dowodzą one o długotrwałej i złożonej ewolucji tych księżyców.

 

Uran od samego początku sprawia astronomom niespodzianki.  W niedługim czasie po jego odkryciu stwierdzono z niedowierzaniem, iż wiele razy był przedtem obserwowany, ale uważano go wówczas za jedną z gwiazd. Obserwacje te jednak z powodzeniem wykorzystano do obliczenia orbity Urana i otrzymano tak dokładny wynik, jaki byłby możliwy do osiągnięcia dopiero po latach obserwacji. W niewiele lat potem zwrócono uwagę na znaczne odchylenia w ruchu nowo odkrytej planety, niezgodne z dopiero co wyznaczoną orbitą.

 

W tej sytuacji zaczęto nieśmiało wysuwać hipotezę, że może istnieje jeszcze dalsza planeta, która swym przyciąganiem grawitacyjnym wywołuje zaobserwowane perturbacje w ruchu Urana. Zastanawiano się nawet, czy na podstawie zaobserwowanych odchyleń nie dałoby się obliczyć orbity nieznanej planety, wyznaczyć jej masę i wskazać miejsce na niebie, gdzie w danym czasie winna się ona znajdować.

 

Dla wielu ludzi wydawało się to nierealną mrzonką. A jednak z obliczeniami powiodło się francuskiemu astronomowi Urbanowi J. J. Leverrierowi (1811-1877). Wyniki swych obliczeń przesłał berlińskiemu astronomowi Johanowi G. Gallem (1812-1910) i ten ku zdumieniu świata naukowego hipotetyczną planetę odnalazł na niebie.

Znajdowała się ona bardzo blisko wskazanego przez obliczenia miejsca.

 

Był to wspaniały wyczyn umysłu ludzkiego, bo przecież Neptuna – jak nazwano nową planetę – faktycznie odkryli matematycy, którzy za pomocą skomplikowanych obliczeń stwierdzili jego istnienie.

 

Neptun nosi imię rzymskiego boga mórz i oceanów. Jest błękitną planetą zupełnie jak Ziemia. Jednak swój przepiękny kolor zawdzięcza nie tlenowi, ale metanowi. Ten trujący gaz występuje również na Ziemi m.in. jako szkodliwe opary na bagnach.

 

Z powodu szybkich obrotów planety na Neptunie wieją potężne cyklony. Jeden z tych wiatrów astronomowie nazwali dowcipnie skuter z powodu jego prędkości dochodzącej do 2500 km/h. Ten skuter jest nawet 2 razy szybszy od dźwięku, który osiąga ok. 1225 km/h.

 

Neptun ma 8 księżyców. Sześć najbliższych odkryto w 1989 roku.

 

Neptun ma też pierścienie. Jednak nie tylko nie dorównują one saturnowym, ale w dodatku wyglądają na połamane. W niektórych miejscach odbijają światło Słońca i są widoczne, w innych nie.

 

Masa Neptuna okazała się mniejsza od przewidywanej, a jego orbita nie była zgodna z obliczeniami. W związku z tym wysunięto hipotezę o istnieniu jeszcze jednej, dalszej planety. Zaobserwowane jednak odchylenia w ruchu Neptuna były tak małe, że obliczenie na ich podstawie orbity nieznanej planety wydawało się niemożliwe do wykonania.

 

Tego trudnego zadania podjął się Amerykanin, Percival Lowell (1855-1916), ogłaszając wyniki swoich obliczeń w roku 1915.

Nieznaną planetę odnalazł na niebie dopiero w roku 1930 jego rodak Clyde W. Tombaugh. Był to owoc wieloletnich, nadzwyczaj żmudnych poszukiwań.

 

Nowo odkrytą planetę nazwano Plutonem, i to z dwóch różnych powodów: po pierwsze – dwie początkowe litery tej nazwy są inicjałami Lowell, a po drugie – Pluton to przydomek Hadesa, mitologicznego władcy krainy wiecznej ciemności, piekieł. Nazwa doskonale więc pasuje do planety, która krąży na peryferiach Układu Słonecznego i otrzymuje od Słońca około 1600 razy mniej światła niż glob ziemski.

 

Od pozostałych Planet Pluton rózni się prawie wszystkim – kształtem orbity, rozmiarami i swoim satelitą, który jest od niego mniejszy tylko o niecalą połowę. Dlatego niektórzy uczeni zastanawiają się, czy na pewno jest to planeta.

 

Pluton nie zawsze jest ostatnią planetą Układu Słonecznego. Porusza się bowiem po nietypowej orbicie, która przecina w 2 miejscach tor lotu Neptuna. Wówczas Pluton staje się na około 20 lat ósmą, a nie dziewiątą planetą.

 

Zarówno ze względu na swoją dziwną orbitę, jak i na małe rozmiary Pluton jest nietypową planetą. Astronomowie zastanawiają się, czy nie jest po prostu bardzo dużą planetoidą. Według innej teorii Pluton był niegdyś księżycem Neptuna.

 

Coś więcej?

         Amerykańscy astronomowie Robert S. Harrington i Thomas Van Flandern wysunęli niezwykłą hipotezę – Pluton był kiedyś księżycem Neptuna. W jego pobliżu krążyła hipotetyczna planeta o masie 3 lub 4 razy większej od Ziemi. Gdy obie planety zbliżył Się do siebie na niebezpieczną odległość, Tryton został skierowany na wsteczny tor, a Pluton  wyrwany z orbity okołoneptunowej i wyrzucony na samodzielną orbitę okołosłoneczną. Równocześnie siły pływowe hipotetycznej planety oderwały od niego spory fragment materii, z której wytworzył się właśni Charon. Natomiast dziesiąta planeta oddaliła się od Słońca na odległość 50-100 jednostek astronomicznych.

 

         A może sprawcą tego dramatu był Tryton? Ma on masę około 20 razy większą od masy układu Pluton-Charon i w przeszłości mógł okrążać Słońce po samodzielnej orbicie. W tym czasie nie było jeszcze Charona, a Pluton samotnie obiegał Neptuna w charakterze jego satelity. Dopiero przed mniej więcej 100 milionami lat Tryton nieopatrznie zbliżył się do Neptuna i z jego strefy grawitacyjnej wyrwał Plutona, przerzucając go na samodzielną orbitę okołosłoneczną. Wtedy glob Plutona zostal uszkodzony i rozpadł się na kilka części. Jedną z nich może być Charon, a drugą satelita Neptuna – Nereida. Trytonomi również nie uszło to bezkarnie, został bowiem uwięziony w polu grawitacyjnym Neptuna i od tego czasu okrąża go jako jego satelita, poruszając się dokoła niego ruchem wstecznym. Jest to charakterystyczna cecha księżyców schwytanych przez planety (np. 4 zewnętrzne ksieżyce Jowisza i najdalszy Saturna).

 

 

II. Klasa II

Materia międzyplanetarna

Planetarne karły

Już na początku XVII wieku Jan Kepler zwrócił uwagę na pustą przestrzeń, która rozciąga się między orbitami Marsa i Jowisza. On też po raz pierwszy wypowiedział pogląd, że winna tam krążyć jakaś planeta. Ale apel wielkiego uczonego o podjęcie jej poszukiwań pozostał bez echa. Dopiero półtora wieku później zainteresowano się bliżej powyższym problemem, a nawet zorganizowano systematyczne obserwacje nieba celem odszukania hipotetycznego ciała.

 

Wyniki obserwatorów nie były daremne, bo 1 stycznia 1801 roku astronom włoski Giuseppe Piazzi (1746-1826) istotnie odkrył na niebie słaby obiekt, który po wnikliwym zbadaniu okazał się poszukiwaną planetą. Jakież jednak było zdziwienie, gdy wkrótce dostrzeżono trzy podobne obiekty, obiegające Słońce również w przestrzeni między Marsem a Jowiszem. Faktycznie bowiem krąży tam nie jedna wielka planeta, ale setki tysięcy drobnych ciał, zwanych planetoidami lub asteroidami. Są to niewielkie ciała, największe bowiem z nich – Ceres – ma zaledwie 1003 km średnicy. Tylko około 200 planetoid posiada rozmiary większe od 100 km, a średnice ok. 500 planetoid wahają się granicach 100-50 km. Liczbę planetoid o rozmiarach większych niż 1,5 km ocenia się na około pół miliona.

 

Kiedyś poszukiwania nowych planetoid były bardzo pracochłonne. Obserwator sporządzał mapy badanego w ciągu kilku nocy obszaru nieba i następnie porównywał je z atlasem nieba. Gdy na obserwowanym obszarze nieba dostrzegał nieznany obiekt, musiał jeszcze sprawdzić, czy zmienia on położenie wśród gwiazd. Dopiero ten fakt upoważniał go do stwierdzenia, że odkryta została nowa planetoida. Były to więc bardzo mozolne obserwacje, wymagające dużej wytrwałości i niemałej staranności. Sytuacja uległa zmianie w roku 1891, gdy astronom i historyk magii niemiecki, Max Wolf (1863-1932) zastosował do tych prac fotografię.

 

Planetoidy to nieregularne bryły, przypominające kształtem zewnętrznym księżyce Marsa. Świadczą o tym zmiany blasku planetoid, wynikające – jak się przypuszcza – z ich ruchu wirowego. Na przykład wspomniana Ceres obraca się wokół swej osi raz na 9 godzin i 6 minut, a jeden obrót Westy trwa 10 godzin i 36 minut. Wymienione jednak planetoidy mają dość duże rozmiary i należy sądzić, że ich kształt mało różni się od kuli. 

 

Diagram promieniowy

 

Coś więcej?

         W pierwszej połowie XIX wieku astronom niemiecki Henryk Wilhelm Olbers (1758-1840) wystąpił z poglądem, że między Marsem a Jowiszem krążyła kiedyś duża planeta, która z nieznanych powodów rozpadła się na wiele części, dając początek planetoidom. Ich łączna masa oceniana jest na około 0,001 masy Ziemi, z czego wynikałoby, iż owa hipotetyczna planeta byłaby niewielkim obiektem. Dziś jednak większość astronomów odrzuca powyższą hipotezę, uważając planetoidy za tworzywo, z którego dopiero miała się narodzić planeta. Nie doszło zaś do tego z uwagi na oddziaływanie grawitacyjne potężnego Jowisza, nie dopuszczającego do uformowania się w jego bliskim sąsiedztwie większego ciała. Czy tak było naprawdę, przekonamy się zapewne już w niedalekiej przyszłości.

 

 

Złowróżbne komety

Od czasu do czasu pojawiająca się na niebie jasna kometa budzi powszechne zainteresowanie. Nie inaczej było i przed wiekami...

Niezwykły wygląd tych ciał niebieskich, ich niespodziewane pojawienie się i stosunkowo szybki ruch wśród gwiazd wywoływał niegdyś zabobonny strach.

W wyglądzie komet dopatrywano się podobieństwa do krwawych mieczy lub głów ludzkich ze zwichrzonymi włosami.

Uważano je za znak zwiastujący klęski i nieszczęścia, zapowiadający wojny, głód i zarazę, toteż ówcześni astrologowie  pilnie śledzili ruchy komet, starając się odczytywać złowróżbne wieści.

 

Mamy średniowiecze mili państwo. Wieki średnie. My, astronomowie jesteśmy jednakże ponad poziomem owych wieków średnich, ciemnych, jak nas potem określają ludzie renesansu. O, pardon. Ja przecież nie wiem, że później jest renesans... Ach, te przeskoki czasowe, mętlik w głowie mi robią... W każdym razie, mili państwo, chciałabym zaprosić was, do wysłuchania opowieści o pewnym stukniętym astronomie z moich czasów, tj. średniowiecza, który jako człowiek poważny, inteligentny i uzdolniony (swoją drogą, to byłam ja, ale w jednym ze swoich pierwszych wcieleń... tylko dlaczego u diabła byłam mężczyzną?), powiadamiał ludność o zbliżającej się komecie, czyli jak wiemy zjawisku niezwykle interesującym i ciekawym oraz wartym obserwacji, w sposób... Dość dziwaczny. Ale czy ktoś powiedział, że jest on człowiekiem poważnym? Nie. A zatem...
Ładnych parę lat temu był sobie astronom, imieniem Jan. Ów Jan, astronom wybitny, zdolny, inteligentny, nie grzeszący skromnością, siedząc przez wieki w zamknięciu, to jest w swojej pracowni, pewnej pięknej nocy, gdy niebo było czyste, nieskazitelne, wypatrzył... Obiekt. Pewien, taki o, zwyczajny obiekt, który zbliżał się do Ziemi.
Kometa, pomyślał sobie.

I rzeczywiście, była to kometa. Leciała w kierunku Ziemi. To także prawda. Zatem. Nasz astronom Jan, postanowił nie być samolubem i w swym wielkim zapale, wyleciał na ulicę, potykając się o próg i kamienie na ulicy się znajdujące i... Wykrzyknął z całych sił, bez ogródek, tak prosto z mostu: LUDZIE, KOMETA SIĘ ZBLIŻA! Nie byłoby w tym nic dziwnego, że sobie krzyknął, gdyby nie fakt, że była godzina trzecia w nocy i wszyscy normalni ludzie spali. Astronom Jan znany był ze swoich dziwacznych pomysłów, toteż wszyscy pobudzeni ludzie, szybko zapadli w ponowny sen, nieomalże zapominając, cóż im Jan obwieścił.
Następnego dnia jednakże, ktoś przypomniał sobie o owej informacji od astronoma Jana i tak poszła plotka na całe miasto... Zbliża się kometa, szeptał w końcu szczur do myszy. A mysz, przerażona, podawała to dalej, do motyla... Wszystkie istoty żywe wiedziały o nadchodzącej rzeczy. Zbliża się kometa... Przerażeni. Astronom Jan nie mógł tego pojąć. Przecież to TYLKO kometa. O cóż im chodzi? A no ludzie się bali. Przecież to zły znak. Bogowie ich chcą ukarać? Za co? A może oni chcą astronoma Jana na ofiarę? Takie w końcu chodziły głosy.
Cóż, baśń, baśnią, a astronoma Jana się pozbyto. Wypędzono go z miast, choć tak go tam wszyscy lubili. Nie popisał się. Przyniósł złe wieści, trzeba się więc go było pozbyć. I astronom Jan wylądował na Odludziu.
Koniec. Cóż. Moje poprzednie wcielenie. Astronom Jan. Nie mówię, że byłam idealna... Ale czyż astronom Jan nie był... Cudowny?

Praca domowa Kamili Grey, uczennicy klasy II Caelinu

 

Dziś wiemy, że komety są ciałami niebieskimi podlegającymi tym samym prawom, co planety i inne ciała niebieskie.  Również i one nie świecą własnym światłem i swój blask zawdzięczają odbitemu światłu słonecznemu.

Komety obserwowano już w zamierzchłych czasach, a mimo to należą do jednych z najmniej zbadanych ciał niebieskich. Niemal całkowita ich masa - jak na to wskazują badania - skupiona jest w jądrze.

Składa się ono z brył meteoroidowych i pyłu kosmicznego, spojonych ze sobą lodem wodnym oraz zamarzniętym metanem i amoniakiem w jedną bryłę o średnicy od kilku od kilkudziesięciu km.

Gdy kometa zbliży się do Słońca, pod wpływem jego ciepła lód zaczyna topnieć, a następnie zamieniać się w gaz.

W ten sposób jądro komety otacza się rozległą otoczką gazowo-pyłową, którą nazywamy głową komety. Ich średnice sięgają zwykle od 50-240 tys. km, ale znane są i takie komety, których głowy mialy rozmiary większe od Słońca.

Gęstość komet jest bardzo mała, mniejsza nawet od gęstości powietrza przy powierzchni Ziemi.

Ich masy są bowiem tak małe, że nie wywołują dostrzegalnych zakłóceń w ruchu mijanych planet oraz obiegających je satelit.

W pobliżu Słońca komety nie tylko pęcznieją, ale również tracą swą materię. 

Promieniowanie słoneczne wymiata z nich gazy i pyły, z których powstaje jeden lub kilka wspaniałych warkoczy długości dochodzącej niekiedy do 150 mln km.

Warkocz stanowi najbardziej efektowną część komety, chociaż nie każda może się nim szczycić. Niektóre w ogóle nie rozwijają warkoczy, przez cały okres swej widzialności pozostając rozmytymi mgiełkami, wydłużonymi w kierunku Słońca.

 

Słowo kometa podchodzi od greckiego kome – włosy.

 

Diagram promieniowy

Jedną z największych i najjaśniejszych komet jest kometa Halleya, okrążająca Słońce raz na 76 lat. W peryhelium zanurza się do wnętrza orbity Wenus, natomiast w aphelium zapędza siędaleko za orbitę Neptuna. Była obserwowana wiele razy już przed setkami lat, ale nikt nie zdawał sobie sprawy, że zakażdym razem świeci jeden i ten sam obiekt.

 

Kometa otrzymała nazwisko sławnego astronoma angielskiego Edmunda Halleya (1656-1742), ponieważ to on obliczył jej orbitę.

 

Jak umierają komety?

Za każdym powrotem do Słońca kometa traci część swej materii. Ubytek ten wcale nie jest mały, bo wynosi około 1% ogólnej masy jądra.

Jeżeli zatem często wraca do Słońca, gdyż okres jej obiegu jest krótki, to stosunkowo szybko pozbywa się lotnych składników.

Nadchodzi wreszcie taki moment, że nawet w punkcie przysłonecznym jądro już bardzo słabo paruje i kometa przestaje być widoczna przez największe teleskopy.

 

Kandydatką do takiego zaniku w najbliższym czasie jest kometa Enckego. Już obecnie można ją dostrzec jedynie przez wielkie teleskopy, chociaż przed dwustu laty była okazałym obiektem.

Ze wszystkich znanych komet ma ona najkrótszy okres obiegu, toteż szybko traci swą masę i za każdym powrotem do Słońca jej blask staje się słabszy o około 0,4 wielkości gwiazdowej.

W związku z tym niektórzy przypuszczają, że już za pół wieku przestanie być widoczna, przynajmniej dla współczesnych teleskopów. Znacznie dłużej, bo jeszcze przez wiele tysięcy lat ludzkość będzie mogła obserwować kometę Halleya, ale i jej jasność wraz z ubytkiem masy wciąż się zmniejsza.

 

Czas aktywnego życia komety ograniczony jest wieloma różnymi czynnikami. Zależy on bowiem nie tylko od częstotliwości jej powrotu do Słońca, ale także od odległości jej peryhelium i od początkowej wielkości jądra. Jest całkiem zrozumiałe, że im kometa bardziej zbliża się do Słońca i im jej pierwotna masa była mniejsza, tym krótszy powinien być jej żywot.

Ale co się potem dzieje z jądrem komety?

Otóż niektóre z nich rozpadają się na rój meteoroidów, a za przykład może służyć kometa Bieli, której rozpad odbył się niemal na oczach astronomów.

Mamy uzasadnione podstawy sądzić, że o ile nie wszystkie komety, to przynajmniej niektóre z nich u kresu swego żywota przekształcają się w planetoidy. Po wyparowaniu lotnych składników mogą przecież powstawać gołe, nieaktywne już jądra. Takie komety byłyby nieodróżniane od planetoid. Najbardziej tym cechom odpowiadają planetoidy typu Apollo, które poruszają się po wyjątkowo wydłużonych orbitach.  Na rzecz hipotezy o kometarnym pochodzeniu niektórych planetoid zdają się przemawiać uzyskane w ostatnich latach pewne fakty obserwacyjne. Za jeden z nich można uważać obiekt, który został odkryty 11 października 1983 roku za pomocą satelity IRAS. Najprawdopodobniej mamy tu do czynienia z planetoidą typu Apollo, która ze wszystkich znanych planetoid najbardziej zbliża się do Słońca.  Dalsze obserwacje wykazały, że obiekt ten przejawia jakieś oznaki wewnętrznej aktywności, co wskazuje na to, iż mamy do czynienia z zamierającym jądrem komety. Inny argument. Krzysztof Ziołkowski w ostatnich latach wykrył niegrawitacyjne anomalie w ruchu pewnej liczby planetoid typu Apollo, co z powodzeniem można wytłumaczyć nikłym wyrzutem materii. Aktywność ta jest bardzo słaba i wywołuje jedynie możliwe do stwierdzenia zakłócenia zamierających komet. Ich jądra już tak słabo parują, że wyparowywanej materii nie starcza na to, aby wytworzyć głowy i warkocze. W ten sposób komety u kresu aktywnego żywota upodabniają się do planetoid.

 

Ze znanych komet bliska przeobrażenia w planetoidę typu Apollo jest wspomniana już kometa Enckego. Gdy pozbędzie się ona lotnych składników, a jej niewielkie jądro nie ulegnie rozpadowi, wówczas trudno będzie ją odróżnić od planetoidy Hephaistos.

Goście z nieba

Do ciekawych i bardzo pospolitych zjawisk przyrody należą "gwiazdy spadające".

W ciągu każdej pogodnej nocy możemy niejednokrotnie zaobserwować, jak któraś z gwiazd niespodziewanie odrywa się od sklepienia niebieskiego, zakreśla na nim krótszy lub dłuższy łuk, po czym nagle gaśnie.

Dawniej faktycznie sądzono, że to gwiazdy spadają na Ziemię i dlatego zjawiska te nazwano "spadającymi gwiazdami". Gdyby jednak tak rzeczywiście było, nieustannie musiałby się zmieniać wygląd gwiazdozbiorów, a czegoś podobnego nie obserwujemy.

Gwiazdy są zresztą ogromnymi słońcami i absolutnie nie mogą spadać na ziemię!

 

Na czym polega więc zjawisko spadających gwiazd?

 

Dziś wiemy, że zjawiska gwiazd spadających wywołują niewielkie bryłki materii, poruszające się w przestrzeni międzyplanetarnej z dużymi prędkościami.

Gdy taka bryłka wpadnie do atmosfery ziemskiej, wówczas zderzając się z cząsteczkami powietrza silnie się ogrzewa i na skutek tego zaczyna topić, dając zjawisko spadającej gwiazdy.

Są one zwane meteorami, a wywołujące je bryłki materii kosmicznej - meteoroidami (po grecku meteoros znaczy unoszący się w powietrzu).

Na ogół wpadające do ziemskiej atmosfery meteoroidy mają niewielkie rozmiary i spalają się w niej całkowicie. Zdarza się jednak od czasu do czasu, że nasza planeta napotyka na swej drodze większą bryłkę materii i ta przelatują przez atmosferę pcha przed sobą "poduszkę" sprężonego powietrza.

Na pewnej wysokości rozpada się na mniejsze bryłki, które spadają na powierzchnię Ziemi, wybijając w niej mniejsze lub większe kratery. Te spadłe bryłki materii międzyplanetarnej nazywamy meteorytami.

Z materią meteorytową człowiek stykał się od zarania swych dziejów. Już pierwotni ludzie ze spadłych z nieba kamieni wykonywali groty do oszczepów, ostrza toporów, noże i inne przedmioty codziennego użytku.

Znajdowali je zupełnie przypadkowo i nie mieli najmniejszego pojęcia o ich pozaziemskim pochodzeniu.

Ale meteoryty, których spadek na Ziemię zaobserwowano, otaczane były czcią i szacunkiem.

 

Za przykład może służyć Czarny Kamień, wmurowany w ścianę monumentu Kaaba w Mekce, stanowiący największą świętość muzułmanów. Jest to meteoryt kamienny spadły na Ziemię w dawnych czasach.

 

Ze względu na zawartość pierwiastkową dzielimy meteoryty na trzy różne typy: żelazne (syderyty), żelazno-kamienne (litostyderyty lub syderolity), oraz kamienne (aerolity).

 

Meteoryty różnią się między sobą nie tylko składem chemicznym, ale i pochodzeniem. Na podstawie obserwacji stwierdzono, że orbity meteoroidów, które pojedynczo zderzają się z Ziemią, wykazują duże podobieństwo do orbit planetoid.

Różnią się od nich jedynie rozmiarami, natomiast budowę i pochodzenie mają takie same. Tezę tę potwierdzają obserwacje trzech meteoroidów, dla których udało się wyznaczyć tory lotu przed zderzeniem z Ziemią.

Było to możliwe w przypadku meteoroidy Pribram, meteoroidu Lost City i meteoroidu Innistree. Ich przelot przez atmosferę był fotografowany w kilku stacjach obserwacyjnych, toteż na podstawie analizy zdjęć można było nie tylko ustalić miejsca spadku tych meteoroidów, ale i obliczyć ich pierwotne trajektorie.

Zupełnie inne jest pochodzenie rojów meteoroidów, dających zjawisko deszczu gwiazd spadających. Powstają one z rozpadu komet, które przy każdym zbliżeniu do Słońca tracą mniejszą lub większą część swej masy.

Oderwana materia rozprzestrzenia się wzdłuż orbity danej komety i przy spotkaniu z Ziemią wpada do jej atmosfery, dając przepiękne zjawisko deszczu meteorów.

Nierozwiązana zagadka tektytów

 

W wielu miejscach na kuli ziemskiej znajdowano szkliste kulki kamienne zwane powszechnie tektytami (po grecku "tektos" znaczy stopiony). Mają kształt kulisty, soczewkowaty, owalny, guzikowaty lub nieregularny. Ważą zazwyczaj od 5 do 10 g, choć znajdowano też okazy dużo większe, nawet o wadze pow. 300 g. Składają się głównie z dwutlenku krzemu (70-80 %) i tlenku glinu (11-15%) Ponadto zawierają mikroskopijne cząsteczki żelazo-niklu i szkliwa krzemionkowego, śladowe ilości wody, a także nikłe ilości manganu, tytanu, baru, chromu, potasu, sodu i innych pierwiastków. Znaleziska tektytów wiążą się ściśle z określonymi rejonami naszego globu, toteż poszczególnym ich rodzajom nadano nazwy tych obszarów:

*      Australity

*      Bediasity

*      Filipinity

*      Georgianity

*      Indochinity

*      Iwority

*      Irgizity

*      Jawaity

*      Mołdawity

Wszystkie one stanowiły niegdyś płynną masę szklistą. Cząstki szkliwa krzemionkowego dowodzą, że ich temperatura musiała wówczas sięgać 170 stopni C. Dotąd jednak nie znamy pochodzenia tektytów, choć powstało na ten temat wiele hipotez.

 

Hipotezy dotyczące pochodzenia tektytów:

*      Księżyc powstał z materii, która około 200 milionów lat temu oderwała się od Ziemi i pozostałością tego wydarzenia jest Ocean Spokojny. Pewna jednak część oderwanej masy nie weszla w skład globu księżycowego, lecz powstała z niej niezliczona liczba drobnych bryłek skalnych, obiegających naszą planetę jako samodzielne satelity. Ale po upływie jakiegoś czasu musiały spaść na Ziemię, ponieważ krążyły zbyt blisko jej powierzchni.

 

*      Tektyty stanowią cząstkę materii księżycowej, wyrzuconej w przestrzeń kosmiczną wskutek upadku na powierzchnię Ksieżyca dużych meteorytów. W miejscu upadku materia księżycowa została stopiona i rozpryskiwała się na wszystkie strony, w wyniku czego dokoła nowo powstałego krateru tworzyły się liczne kratery wtórne. Wobec jednak małej siły ciążenia część stopionej materii umykała w przestrzeń kosmiczną, tam po pewnym czasie krzepła, a następnie spadała na naszą planetę w postaci tektytów.

 

*      Tektyty stanowią cząstkę materii księżycowej wyrzuconej z jego powierzchni na skutek wybuchów tamtejszych wulkanów. Na przykład tektyty znalezione w Australii miały być wyrzucone z krateru Tycho.

 

*      Tektyty powstały w wyniku stopienia skał ziemskich po uderzeniu olbrzymich meteorytów, które przecież spadały nie tylko na Księżyc, ale i na naszą planetę. Powstająca podczas takiego wydarzenia energia zdolna jest stopić znaczną ilość materiału skalnego i unieść chmurę zakrzepłych bryłek stopu tak wysoko ponad Ziemię, aby spadając ulegały powtórnemu stopieniu, co prowadziło do powstania tektytów.

 

W państwie gwiazd

Gwiazdy i gwiazdozbiory

Nocne niebo, usiane bezlikiem migotliwie świecących gwiazd, od niepamiętnych czasów wzbudzało zainteresowanie człowieka, pobudzało jego umysł i fantazję.

Chińczycy, mieszkańcy Mezopotamii, Egipcjanie i Grecy łączyli jasne gwiazdy w grupy i dawali im imiona swych bogów, bohaterów i zwierząt. Nazwy te przetrwały do naszych czasów, chociaż starożytne wyobrażenia gwiazdozbiorów - jak zwiemy poszczególne ugrupowania gwiazd - oglądać można już tylko na kartach dawnych atlasów nieba. Są one pełne przeróżnych figur, wyobrażających nazwy gwiazdozbiorów. Najdawniejsze są nazwy gwiazdozbiorów Zodiaku, leżących wzdłuż ekliptyki, po której zdaje sie w ciągu roku w wędrować Słonce.

W rzeczywistości jest to odbicie rocznego ruchu Ziemi, krążącej po orbicie okołosłonecznej i zmieniającej położenie w przestrzeni.  Dlatego z jej powierzchni widzimy Słońce na tle różnych gwiazdozbiorow. Tworzące je gwiazdy są niewidoczne podczas dnia, gdyż słabe światło zostaje przytłumioone przez rozproszone i znacznie silniejsze swiatlo słoneczne. Ale gdyby Ziemia nie posiadała atmosfery, niebo i w dzień byłoby zupełnie czarne. Wówczas można by na nim obserwować jednocześnie Słońce i gwiazdy. A zatem określenie, ze Słońce świeci na tle tego lub innego gwiazdozbioru Zodiaku, nie jest wcale takie abstrakcyjne…

 

Ponieważ gwiazdozbiory zodiakalne noszą często nazwy zwierząt, zwiemy je gwiazdozbiorami zwierzyńcowymi.

Gwiazdozbiorom zodiaku nazwy nadali astronomowie babilońscy.

 

Gwiazdozbiory zwierzyńcowe:

 

ü      Baran

ü      Byk

ü      Bliźnięta

ü      Rak

ü      Lew

ü      Panna

ü      Waga

ü      Skorpion

ü      Strzelec

ü      Koziorożec

ü      Wodnik

ü      Ryby

 

Z mitami greckimi związane są nazwy większości gwiazdozbiorow. Przykładem może być zespół obrazujący przepiękny mit o Perseuszu i Andromedzie.

Równie piękne opowieści związane są z innymi gwiazdozbiorami, stanowiącymi przypadkowe ugrupowania na ziemskim niebie. A ponieważ gwiazdy wchodzące w ich skład bardzo wolno, ale nieustanni przesuwają sie po firmamencie, to i wygląd gwiazdozbiorów powoli sie zmienia. Dziś wyglądają inaczej niż sto tysięcy lat temu i inaczej będą wyglądały za następne sto tys. lat.

Układ gwiazdozbiorów zmienia sie i z tego powodu, ze jedne gwiazdy oddalają sie od nas i po jakimś czasie znikną w przestrzeni kosmicznej, inne zas przybliżają się i kiedyś pojawia sie na firmamencie jako nieznane dotąd gwiazdy. Krótko mówiąc - konfiguracja gwiazd na ziemskim niebie uzależniona jest od miejsca w przestrzeni, w którym akurat znajduje sie Układ Słoneczny.

 

Starożytni i średniowieczni astronomowie do gwiazdozbiorów zaliczali tylko jaśniejsze gwiazdy. Z czasem jednak nazwą gwiazdozbiór zaczęto określać dane obszary nieba, a w roku  1922 całe niebo podzielono na 88 gwiazdozbiorow.

Początkowo granice miedzy poszczególnymi gwiazdozbiorami przebiegały nieregularnie, co było powodem licznych nieporozumień, gdyż poszczególni astronomowie jedne i te same gwiazdy włączali do różnych gwiazdozbiorów.

W roku 1928 postanowiono wytyczyć nowe granice, przeprowadzając je wzdłuż równoleżników niebieskich i łuków kol godzinnych. W ten sposób wyeliminowano dowolność we włączaniu gwiazd do gwiazdozbiorow.

 

Podział nieba na gwiazdozbiory znacznie ułatwia orientację wśród wielkiej liczby gwiazd. Temu samemu celowi służą nazwy nadane gwiazdom przez starożytnych.

Np. najjaśniejszą gwiazdę gwiazdozbioru Małego Wozu nazwano  Polarną, a najjaśniejszą gwiazdę nieba z gwiazdozbioru Wielkiego Psa - Syriuszem.

Nazwy te stosowane są i do dziś, choć astronomowie wprowadzili inne oznaczenia. Wprowadził je niemiecki astronom Jan Bayer, który w r. 1603 zaproponował, by gwiazdy w poszczególnych konstelacjach oznaczać małymi literami alfabetu greckiego.

Kolejność liter w alfabecie odpowiada zarazem jasności gwiazd. Np. alfa Wielkiego Psa oznacza Syriusza, a alfa małego wozu - Gwiazdę Polarną. Gwiazda oznaczona literą beta jest drugą co do jasności w danym gwiazdozbiorze itd. Wyżej opisana metoda znalazła jednak zastosowanie tylko względem gwiazd widocznych gołym okiem, i to nie wszystkich. Np. wielkimi literami alfabetu łacińskiego, poczynając od litery R, oznacza się gwiazdy zmienne, natomiast gwiazdy słabe, obserwowane jedynie przez lunety, oznaczone są numerem, pod którym dana gwiazda występuje w określonym katalogu gwiazd.

 

 

20 najjaśniejszych gwiazd i ich gwiazdozbiory

Gwiazda

Gwiazdozbiór

Syriusz

Wielki Pies

Kanopus

Kil

Arktur

Wolarz

Wega

Lutnia

Alfa Centaura

Centaur

Capella

Woźnica

Rigel

Orion

Procjon

Mały Pies

Betelgeuse

Orion

Achernar

Erydan

Beta Centaura

Centaur

Altair

Orzeł

Acrux

Krzyż Południa

Aldebaran

Byk

Antares

Niedźwiadek

Spica

Panna

Polluks

Bliźnięta

Fomalhaut

Ryba Południowa

Deneb

Łabędź

Regulus

Lew

 

 

Odległości gwiazd

Gwiazdy to ogromne słońca, które znajdują się od nas bardzo daleko i tylko dlatego wydają się nikłymi źródłami światła.

Wiemy dobrze, że im źródło światła położone jest dalej od obserwatora, tym wydaje się słabsze, gdyż jego widoma jasność spada wraz ze wzrostem odległości.

A w przypadku gwiazd są to przerażające wprost odległości, trudne nawet do uzmysłowienia w ziemskich warunkach.

Ile wynosi odległość od Ziemi do Słońca?

Niełatwo zresztą wyobrazić sobie odległość Ziemi od Słońca, wynoszącą "zaledwie" te 150 mln km.

Gdybyśmy tę odległość zwiększyli tysiąc razy, i tak świeciłoby ono o wiele jaśniej od Syriusza (oczywiście pozornie).

Powyższy przykład w jakimś stopniu daje nam pojęcie o przeogromnych odległościach gwiazd.

Są one tak wielkie, że do ich określenia trzeba było wprowadzić specjalną miarę, zwaną rokiem świetlnym.

Rok świetlny jest odległością, którą promień światła przebywa w ciągu jednego roku. W ciągu sekundy światło przebiega ok. 300 000 km. W ciągu minuty więc przemierza 18 mln km, natomiast w ciągu roku, który liczy prawie 32 mln sekund, przebywa około 9,5 biliona km. 

Najbliższe gwiazdy znajdują się w odległości kilku lat świetlnych od Układu Słonecznego, ale są gwiazdy, od których światło biegnie ku nam setki, a nawet tysiące lat świetlnych.

Mimo to, można zmierzyć te olbrzymie odległości. 

W jaki sposób można to zrobić?

Postępujemy tak samo, jak geodeci przy pomiarach jakiegoś niedostępnego miejsca na Ziemi.

W tym celu trzeba zmierzyć kierunki ku niemu z dwóch punktów, między którymi odległość jest dobrze znana. Tak powstaje trójkąt, na wierzchołka którego znajduje się niedostępny do bezpośrednich pomiarów punkt.

Znając długość podstawy tego trójkąta oraz jego dwa kąty można obliczyć odległość interesującego nas odległość.

Przy pomiarach odległości gwiazd jest oczywiście konieczne, aby jak największa była odległość między punktami, z których wyznacza się kierunku ku badanej gwieździe.

Tu już absolutnie nie wystarczy odległość z Ziemi do Ksieżyca.

 

Widoma jasność gwiazdy na ziemskim niebie zależna jest nie tylko od odległości, ale i od rzeczywistego jej blasku. Tę rzeczywistą jasność gwiazd nazywamy absolutną wielkością gwiazdową. Można ją stosunkowo łatwo wyznaczyć, o ile tylko znana jest odległość gwiazdy i jej widoma wielkość gwiazdowa. Absolutne wielkości gwiazdowe pozwalają astronomom porównywać rzeczywiste natężenie blasku różnych gwiazd. Te niezmiernie ciekawe badania wykazały, że pod tym względem gwiazdy są szalenie zróżnicowane. Absolutna jasność zależy od wielkości gwiazdy oraz od temperatury jej powierzchni.

 

20 najbliższych gwiazd i ich gwiazdozbiory

Proxima Centaura

Centaur

Alfa Centaura A

Centaur

Alfa Centaura B

Centaur

Bernarda

Wężownik

Wolf 359

Lew

Lalan-de 21185

Wielka Niedźwiedzica

Syriusz A

Wielki Pies

Syriusz B

Wielki Pies

Luy-ten 726-8 A

Wieloryb

Luy-ten 726-8 B

Wieloryb

Ross 248

Andromeda

Epsilon Erydanu

Erydan

Luy-ten 786-6

Wodnik

Ross 128

Panna

61 Łabędzia A

Łabędź

61 Łabędzia B

Łabędź

Epsilon Indianina

Indianin

Procjon A

Mały Pies

Procjon B

Mały Pies

 

 

Gwiazdy zmienne i nowe

W bezdennych otchłaniach Wszechświata wszystko się nieustannie zmienia. Gwiazdy równie szybko zmieniają swe wewnętrzne i zewnętrzne właściwości, co jednak odbywa się nadzwyczaj wolno. Trwa to bowiem miliony lub miliardy lat i dlatego w ciągu krótkiego życia ludzkiego nie da się tego zaobserwować. Ale jest wiele gwiazd, zwanych gwiazdami zmiennymi, które w niewielkich odstępach czasu zmieniają swą jasność. Niektóre z nich są widoczne gołym okiem i zmiany ich blasku można stosunkowo łatwo stwierdzić porównując je przez pewien czas z blaskiem innych gwiazd. Niektóre zmienne gwiazdy jedynie symulują zmiany swej jasności. Należą one do grupy gwiazd, które zwiemy podwójnymi lub wielokrotnymi, ponieważ nie tylko na niebie, ale i w przestrzeni leżą blisko siebie, okrążając wspólny środek ciężkości. Gdy taki układ znajduje się niedaleko nas, a tworzące go gwiazdy są dostatecznie od siebie oddalone, przez teleskop można je oglądać oddzielnie. Noszą one wówczas nazwę gwiazd wizualnie podwójnych dla odróżnienia od takich układów gwiazdowych, które nawet przez największe teleskopy obserwuje się w postaci pojedynczych punktów świetlnych. Dopiero na podstawie analizy widma można się dowiedzieć, że układ składa się z dr z dwu lub więcej blisko siebie położonych gwiazd. Niekiedy orbity gwiazd podwójnych są tak położone w przestrzeni, że gwiazdy dla ziemskiego obserwatora nawzajem sie zakrywają, a przy każdym zakryciu następuje spadek ich jasności. Takie właśnie gwiazdy podwójne astronomowie nazywaj gwiazdami zmiennymi zaćmieniowymi. Przykładem takiej grupy może być beta Perseusza, nazwana przez arabskich astronomów Algolem, co po polsku znaczy Diabelska Gwiazda. Gwiazda ta przez ok. 2,5 dnia ma stałą jasność, a potem w ciągu 5 godzin zmniejsza swą jasność o około jedną wielkość gwiazdową, po czym wciągu następnych 5 godzin blask jej wraca do normy. Zmiany blasku Algola znane były od dawna, ale przyczynę wywołującą je poznał dopiero w końcu XVIII stulecia angielski miłośnik astronomii John Goodricke. Gwiazdy zmienne zaćmieniowe tak naprawdę "udają" tylko przed nami, że zmieniają swój blask. Faktycznie jasność tworzących dany układ gwiazd nie ulega zmianie. Jedynie odpowiednie położenie układu w przestrzeni powoduje, iż wchodzące w jego skład gwiazdy id czasu do czasu kryją się jedna za drugą i wtedy dla ziemskiego obserwatora zmniejsza się ogólny ich blask. Są jednak i takie gwiazdy, które naprawdę zmieniają swą jasność na skutek fizycznych przemian. Może się to powtarzać w regularnych odstępach czasu i dotyczyć nie tylko zmian blasku gwiazdy, ale również jej temperatury i rozmiarów. Są one wywoływane przez pulsacje, czyli okresowe rozszerzanie i kurczenie sie gwiazdy.

Do gwiazd tego typu należą cefeidy, których nazwa pochodzi od delty Cerfeusza. Najliczniejszą grupę gwiazd zmiennych pulsacyjnych stanowią zmienne długookresowe. Ich przedstawicielką może być Cudowna Wieloryba (Mira Ceti). Pulsują one najwolniej, ale za to bardzo widocznie.

 

Życie na Ziemi umarłoby, gdyby Słońce stało się gwiazdą nową. Gwiazda nowa to gwiazda, która raptownie zwiększa swój blask kilkadziesiąt tysięcy razy i będąc przez wiele milionów lat gwiazdą słabą, z trudem widoczną przez wielkie teleskopy, staje się nagle tak jasne, że dostrzegamy ją gołym okiem. Przykładem gwiazdy nowej może być Nowa Łabędzia.

 

Schemat organizacyjny



[1] Mimośród – spłaszczenie elipsy